fbpx
Łukasz Nowak trener Akademii Warty Poznań

“Chcemy, żeby dziewczyny mierzyły się z zespołami z całej Polski”. Rozmowa z trenerem sekcji kobiecej, Łukaszem Nowakiem

– Kobiety też potrafią grać w piłkę i to na bardzo dobrym poziomie. Mieliśmy ostatnio sytuację na treningu, gdy przechodzili jacyś chłopcy, popatrzyli chwilę i krzyknęli „ale one grają!”. Więc jeżeli jakaś dziewczyna chce spróbować swoich sił, niech da sobie szansę – zachęca trener sekcji żeńskiej w Warcie Poznań, Łukasz Nowak. Szkoleniowiec opowiedział o niezwykłej stronie piłki kobiecej, ale też wyzwaniach, z którymi muszą mierzyć się zawodniczki.

 

Skąd wzięła się pasja do zawodu trenera?

– Wszystko zaczęło się już w szkole podstawowej. Był okres, gdy miałem złamaną rękę, a akurat odbywał się szkolny turniej piłkarski i nie mogłem w nim uczestniczyć. Rozrysowałem więc moim kolegom zadania na mecz i ustawienie. Wtedy na dobre zrodził się pomysł, żeby zostać trenerem.

Ale najpierw próbowałeś rozpocząć karierę jako piłkarz.

– Tak, moim pierwszym klubem była… Warta Poznań. Zacząłem grać mając około 9 lat. Ale szybko okazało się, że Warta to nie mój poziom (śmiech). Niestety brakuje mi zdjęć z tego okresu, ale pamiętam doskonale treningi w „Ogródku” czy na starym stadionie im. Edmunda Szyca.

Wybrałeś więc drogę trenerską.

– Od początku miałem jasny cel i dość dużo robiłem w tym kierunku. Na początku podglądałem treningi Lecha Poznań, ponieważ mieszkałem blisko stadionu. Jak tylko mogłem, to starałem się iść i zobaczyć jak pracuje pierwszy zespół. Gdy oglądałem mecze, to nie pod kątem gry poszczególnych zawodników, tylko całego zespołu. Zwracałem uwagę na to, co robi trener. Później poważną wiedzę zacząłem zdobywać na studiach i specjalnych kursach trenerskich.

Nie przypuszczałeś pewnie jeszcze, że będziesz szkolił dziewczynki.

– Zgadza się, wtedy o tym nie myślałem. Chociaż sama pasja do prowadzenia drużyny żeńskiej pojawiła się trochę spontanicznie. W Polonii Poznań, gdzie pracowałem, była sekcja kobieca i w ramach kształcenia się pomagałem trenerowi przy tym zespole. Po pewnym czasie odszedłem z klubu i siłą rzeczy od zespołu dziewczęcego. Ale to, co mi pozostało i zawsze będę to podkreślał, to żona, którą miałem wtedy przyjemność poznać (śmiech).

Niezwykła historia!

– Poznaliśmy się na treningach, ona była zawodniczką, którą szkoliłem. Wtedy mieliśmy wyłącznie zawodowe relacje, dopiero jak odszedłem z klubu, to nawiązaliśmy bliższą znajomość i trwa ona do dzisiaj. Dużo przebywaliśmy z jej znajomymi z drużyny, dzięki czemu mogłem poznać środowisko piłki kobiecej i zobaczyć, jak ono funkcjonuje. Stąd pojawiło się zainteresowanie do prowadzenia sekcji żeńskiej. W Polonii Poznań potrzebowali akurat trenera, więc wróciłem tam i objąłem zespół dziewczęcy.

Co Cię najbardziej zaskoczyło w trenowaniu dziewczyn?

– Przede wszystkim zobaczyłem różnice miedzy piłką męską, a kobiecą. Dziewczyny musiały bardzo się poświęcić i zaangażować, żeby grać. Były różne problemy, głównie finansowe. Zdarzało się, że na mecz musieliśmy wyjeżdżać w środku nocy, bo nikt nie gwarantował noclegu czy nawet wyżywienia. Zawodniczki pokrywały wszystko z własnej kieszeni, no i grały również za darmo. Dlatego zawsze powtarzam, że dziewczyn nie trzeba aż tak mobilizować do pracy. One wiedzą, że to środowisko jest małe, mają mniejszą możliwość grania niż mężczyźni, więc chcą się temu oddać w stu procentach. I robią to całym sercem.

Łatwo było nawiązać wspólny język?

– Pamiętam jeden z pierwszych treningów, gdy skupialiśmy się na budowaniu gry w środku boiska. Warto wspomnieć, że wówczas w drużynie było dużo dziewczyn, które grały wcześniej na hali. Poleciłem im, żeby ustawiły się w rombie na określonych pozycjach, a później biegały i zmieniały się na nich. Miałem jednak wrażenie, że nie do końca mnie zrozumiały. Powiedziałem więc w końcu – zagrajcie tak jak na hali. I w tym momencie nie trzeba było im już nic więcej tłumaczyć.

Pracowałeś w różnych klubach, ale ostatecznie w zeszłym roku trafiłeś do Warty Poznań. Powrót po latach, już w roli trenera, był sentymentalny?

– Nie ukrywam, że jak pierwszy raz wszedłem do budynku klubowego po tak długim czasie, to łezka się w oku zakręciła. Tym bardziej, że za wiele się nie zmieniło (śmiech). Ale wspomnienia zdecydowanie wróciły.

W Warcie Poznań sekcja dopiero powstawała, dzięki połączeniu sił z drużyną Lejdis Luboń. I już od początku pojawiły się sukcesy.

– To prawda. Po rundzie jesiennej najmłodsze dziewczynki były najlepsze w swojej grupie, młodziczki awansowały do Centralnej Ligi Juniorek, o udział w niej walczą również juniorki, które na co dzień grają też w rozgrywkach IV ligi seniorskiej. Ale należy pamiętać, że to wszystko dzięki trener Annie Jankowskiej, która pracowała z dziewczynami jeszcze w lubońskim klubie. Zespoły się rozwinęły i są silne, do tego przychodzą do nas nowe zawodniczki, które wpływają na rywalizację i jakość. Cieszy nas to, bo chcemy, żeby dziewczyny mierzyły się z zespołami z całej Polski, a nie tylko z województwa.

Ty objąłeś najmłodszą grupę zawodniczek z kategorii U-11. Jak wygląda praca z małymi dziećmi?

– To jest wyjątkowa praca na każdym etapie. Przede wszystkim takie dzieci możemy zarażać pasją do gry w piłkę nożną. Jest to ciągła nauka i obserwacja ich postępujących umiejętności. To daje dumę i satysfakcję, ale też stanowi wyzwanie, żeby zespół miał wyrównany poziom.

Teraz przed Tobą nowy rozdział, bo będziesz trenował drużynę juniorek. Rozstanie było trudne?

– Tak, bo poświęcamy dużo czasu na to, żeby zawodniczki grały jak najlepiej. Mecz to jest wierzchołek tego, co robimy. Wiele wysiłku wkładamy w przygotowanie, planowanie gry, aby zawodniczki mogły się rozwijać i doskonalić. Gdy widać tego efekty, jest to bezcenne. A wtedy przychodzi moment, gdy trzeba się pożegnać. Nie jest to łatwe, ale dla samych zawodniczek i zawodników jest to potrzebne. Dzieci potrzebują nowego bodźca, więc dobrze, gdy przychodzi trener ze świeżym spojrzeniem. Ja już mogę pewnych błędów nie widzieć, a nowy szkoleniowiec je wychwyci. Dzięki temu dzieci mogą się rozwijać.

Co sprawia Ci największą radość z tej pracy?

– Widoczne efekty. Gdy widzę, że dziewczyny stają się coraz lepszymi piłkarkami i odnoszą sukcesy. To jest ich ciężka praca, ale też nasz trenerski wkład w ich rozwój. Moim marzeniem jest, aby zadebiutowały kiedyś w Ekstralidze i reprezentacji Polski. Wtedy będę wiedział, że tę wspólną pracę wykonaliśmy dobrze.

Praca trenera niesie ze sobą nie tylko edukację sportową, ale też misję wychowawczą.

– Zdecydowanie. Należy pamiętać, że nie każda dziewczyna czy chłopak będzie grać zawodowo w piłkę nożną. Poprzez sport wychowujemy przyszłe pokolenia, które być może będą rządzić naszym krajem, albo nas leczyć. Po prostu wychowujemy ludzi. Sport uczy odpowiedzialności i sumienności. Trzeba umieć połączyć treningi z nauką, znaleźć czas na wypoczynek. Poza aspektem fizycznym przekazujemy też wiele innych wartości, które kształcą dzieci mentalnie.

Duże znaczenie ma też udział rodzica. Jest to problematyczne w piłce kobiecej?

– Zdarza się. Zazwyczaj chłopiec, który chce zacząć grać w piłkę nożną, powie o tym rodzicom i jest zapisywany na trening. Jeżeli chodzi o dziewczynkę, to ona raczej sama się do tego nie garnie. A jeśli nawet wykazuje zainteresowanie, to rodzice często nie traktują tego poważnie. Przełamanie oporu rodziców jest niezwykle ważne. Są oczywiście tacy, którzy zachęcają swoje córki do gry w piłkę nożną, ale nie jest to w takiej skali jak u chłopców. Problemem jest również mała liczba klubów piłkarskich z sekcjami żeńskimi. Dziewczynki z małych miejscowości nie mają możliwości gry i muszą dojeżdżać chociażby do Poznania, więc rodzice muszą poświęcić dużo czasu, żeby dowozić je na treningi. A nie każdy ten czas ma.

Co byś zatem powiedział dziewczynkom, które chciałyby grać w piłkę, ale obawiają się, że to mimo wszystko sport dla chłopaków?

– Ta mentalność cały czas istnieje, ale na szczęście już nie tak mocno, jak jeszcze kilka lat temu. Kobiety też potrafią grać w piłkę i to na bardzo dobrym poziomie. Mieliśmy ostatnio sytuację na treningu, gdy przechodzili jacyś chłopcy, popatrzyli chwilę i krzyknęli „ale one grają!”. Więc jeżeli jakaś dziewczyna chce spróbować swoich sił, niech da sobie szansę. Nie wolno się bać. My, jako trenerzy, robimy wszystko, żeby zawodniczki zaadaptowały się w środowisku i nauczyły grać. Od tego jesteśmy. I nie należy przejmować się oporem środowiska męskiego. Niestety nadal funkcjonuje obraźliwe określenie, że „grasz jak baba”. To ja wtedy mówię – zapraszam na trening i zagraj z babami, sam się przekonasz ile potrafią (śmiech).